Mali niewolnicy rewolucji przemysłowej

Nawet nie mamy pojęcia, w jak wielkim stopniu o potędze przemysłowej Europy decydowała niewolnicza praca dzieci. Dziesiątki lat temu zastępy malców były tanią siłą roboczą, wykorzystywaną bez umiaru w ośrodkach gospodarczych całej Europy – i przemysłowej Anglii, i fabrycznej Łodzi. Małe ręce potrafiły najszybciej zmieniać szpule nici i precyzyjnie dokręcać maleńkie śrubki. Drobne ciała bez problemu mieściły się w wąskich gardłach fabrycznych kominów, które trzeba było wyczyścić. Równie użyteczne okazywały się w ciasnych korytarzach kopalń, gdzie ciągnęły wózki wyładowane węglem. Ich przejmujące historie opowiada Katarzyna Nowak w książce Dzieci rewolucji przemysłowej.

Czasem sobie śpiewam

Sarah ma 8 lat. Wstaje przed świtem, by o czwartej rano zacząć pracę w kopalni. Bardzo się boi ciemności, ale czasem dostaje świeczkę i wtedy mrok nie jest tak przerażający. Pośpiewa sobie wówczas trochę i odpędzi strach.

Dwunastoletnia Isabella też codziennie zjeżdża do kopalni. Nosi na plecach worki z węglem, ciężkie, zwykle pięćdziesięciokilogramowe. Zgarbiona, pełznie wąskim, dusznym korytarzem, zalanym wodą, starając się nie zasnąć ze zmęczenia.

W kominach, które czyści mały George, również jest ciemno i gorąco. Tylko tacy mali chłopcy, jak on, mogą wykonać tę pracę, tylko oni zmieszczą się w ciasnym tunelu. George wbija więc gołe pięty w cegły i uzbrojony w skrobaczkę powoli pełznie w górę, starając się nie patrzeć w dół, gdzie otwiera się ciemna otchłań…

Jasne jest, że George i inne dzieci długo tego nie wytrzymają. Ich płuca wypełnia czarny pył, mięśnie omdlewają, niedożywione ciało w końcu odmawia posłuszeństwa. Skrajnie wyczerpane, padają przy pracy. Jeśli kopnięcie nie przywróci malca do życia, ładuje się go na taczkę i wywozi do fabrycznych baraków. Teraz trzeba już tylko poczekać, czy ocknie się i wróci do pracy, czy też przyjdzie wyprawić kolejny szybki pochówek.

Wstrząsająca lekcja historii

Książkę Katarzyny Nowak wypełniają setki takich przejmujących opowieści. Autorka niczego tu nie zmyśla, opiera się na źródłach. Przeanalizowała setki materiałów dotyczących pracy dzieci w okresie od XVIII do XX wieku – raportów, doniesień prasowych, dokumentów, wspomnień. Na ich podstawie spisała dramatyczne historie małych robotników w spersonalizowanych opowieściach, które dzięki tej formie silniej przemawiają do czytelnika. Jej bohaterowie to istoty zapomniane przez historię. To dzieci biedaków, sieroty, tysiące bezdomnych malców, nieludzko wykorzystywanych i pozbawionych dzieciństwa. Niewielu z nich dożyło dorosłości, więc tylko nieliczni mogli dać świadectwo nieludzkich czasów i opowiedzieć swoje historie. Warto sięgnąć do ich wspomnień i odkryć te nieznane karty z przeszłości nowoczesnej Europy. Zostaną w pamięci na długo.

 

 

Nauki z kreskówki

Franklin jest żółwiem. Kultowym żółwiem dla przedszkolaków na całym świecie. Najmłodsi znają go doskonale z animowanych filmów, pokazywanych w telewizji, ale także z licznych książeczek, dzięki którym mogą kolekcjonować jego przygody na półce. Filmowe przygody Franklina stworzyły Paulette Bourgeois i Brenda Clark, natomiast adaptacje książkowe telewizyjnych kreskówek przygotowuje Sharon Jennings. Tym razem sympatyczny żółw powraca w kolejnej książeczce zatytułowanej „Franklin mówi przepraszam”.

Przyjemne z pożytecznym

Małego żółwia lubią i dzieci, i ich rodzice. Historyjki o Franklinie łączą bowiem w sobie przyjemne z pożytecznym. Dlatego podobają się i dzieciom, i dorosłym. Dzieci widzą w żółwiku małego chłopca, podobnego do nich samych, mającego te same dylematy i pytania, a także podobne kłopoty i przygody. Jego zabawne perypetie zręcznie splecione są z przesłaniem edukacyjnym, które malcy przyswajają jakby przy okazji, mimochodem, co jak wiadomo jest wyjątkowo skuteczną metodą nauki. Franklin bowiem – pokonując liczne przeszkody i własną niedoskonałość – wychodzi cało z opresji, w które wpada, a przy tym wynosi z nich cenne nauki na temat zaufania, szczerości, odwagi, lojalności, przyjaźni. Z najnowszej książeczki dzięki przygodom żółwika dzieciaki dowiedzą się, jak wielkie znaczenie ma wybaczanie i waga słowa „przepraszam”.

Niemiłe konsekwencje zdradzonego sekretu

A jaką historię tym razem przeczytają dzieciom rodzice? Będzie to iście dramatyczna opowieść o zdradzonym sekrecie i niemiłych następstwach tej niedyskrecji. Oto bowiem któregoś dnia Miś szykuje niespodziankę dla swoich przyjaciół, a w swój sekret wtajemnicza Franklina. Tą niespodzianką jest własnoręcznie uszyta przez Misia flaga, która ozdobi ich wspólny statek. Ależ wszyscy będą się cieszyć! Franklin obiecuje dochować sekretu, ale okazuje się, że nie jest to wcale takie łatwe. Szybko zapomina o danej Misiowi obietnicy. Najpierw o wszystkim dowiaduje się Lisek, potem Bóbr, w końcu Ślimak, a wszystko kończy się wspólną kłótnią, w której flaga zostaje przypadkowo zniszczona. Efekt? Smutny i zły Miś chowa się w domu, a Franklina dręczą wyrzuty sumienia. Brakuje mu kolegi i dobrze wie, że go skrzywdził. Co musi teraz zrobić?

Mali czytelnicy opowieści nie będą mieć wątpliwości, jak powinien postąpić Franklin. I z satysfakcją przeczytają finał tej opowieści, w której bohaterowie obmyślają intrygę wyciągnięcia Misia z domu i doprowadzenia do happy endu. A Franklin po wszystkim ma pewność, że nie złamie już nigdy danego słowa i dochowa sekretu. Tak samo na pewno pomyśli razem z nim większość małych czytelników tej książeczki.

 

 

Kto zabił siostrzenicę premiera?

Z pewnością docenią tę książkę ci, którzy pamiętają schyłek PRL-u, okres transformacji. Ale i młodsi powinni wybrać się na wycieczkę do czasów swoich rodziców. Tym bardziej, że „Gwiazdy Oriona” Aleksandra Sowy to kryminał świetnie napisany i trzymający w napięciu do ostatniej chwili.

Śląska makabreska

Dzieje się to w Polsce czasu transformacji ustrojowej, na przełomie lat 80. i 90. Cały Śląsk zastygł w przerażeniu po fali zabójstw. Ofiarami są kobiety, zabijane w makabryczny sposób. Wiadomo, że odrażające czyny są robotą seryjnego zabójcy, ale jak go ująć? Zarówno milicjanci, jak i później policjanci, bezradnie rozkładają ręce, bo ich poszukiwania nie przynoszą efektu. Kobiety nadal giną.

W końcu jednak przychodzi przełom w działaniach służb. A to dlatego, że jedną z ofiar mordercy staje się siostrzenica premiera. Dopiero wtedy do akcji zostają rzucone specjalne siły. Powstaje grupa operacyjna, która ma wykorzystać wszystkie dostępne metody, by w końcu ująć zabójcę. I właśnie do tej grupy specjalnej zostaje przydzielony Emil Stompor – młody, naiwny i bardzo przejęty swoją misją szeregowy, dopiero rozpoczynający pracę w policji. Doświadczonych kolegów drażni jego zapał i dziwaczne pomysły z tworzeniem portretu psychologicznego zabójcy. Cynicznie go wyśmiewają. Młody człowiek jest jednak idealistą czystej wody i niełatwo odwieść go od tego, w co wierzy. Chce wykonać swoją pracę jak najlepiej, nie mając pojęcia, jak trudne będzie to zadanie i w jak niebezpieczną rozgrywkę się wplątał.

Zbrodnia z PRL-u

Książka Sowy ma świetnie skonstruowane postacie, sprawne tempo, wartką akcję. Do tego znakomicie naszkicowane, jakby reporterskim piórem, tło polskiej rzeczywistości tamtego czasu, dające powieści mroczny i ponury klimat. Mamy tam z jednej strony wszystkie obowiązkowe rekwizyty schyłku PRL-u – nadgryzione zębem czasu polonezy i popielniczki z luksferów. A z drugiej – trudny moment przełomu, który dla środowiska policji był szczególnie niewdzięczny. Nie wystarczyło zmienić nazwy milicji w policję, by formacja ta mogła odzyskać zaufanie społeczeństwa. Nikt nie brał ich serio. Dla ludzi była to wciąż grupa, której można przypisać wszystko, tylko nie sprawiedliwość. I często tak właśnie było.

Widzimy, jak trudne to było środowisko dla nowych ludzi – zwłaszcza dla młodych idealistów, takich jak Emil Stompor, wciąż wierzących w sprawiedliwość, w zwycięstwo dobra nad złem. Bo obraz, jaki kreśli autor książki, aż nas odrzuca – portretuje miejsce pełne korupcji, układów, sekretów. Miejsce, w którym sprawiedliwość i prawda się nie liczą. Czasem wręcz warto ją ukryć. Bo ważniejsze są znajomości, pozycja, polityka – to one przesądzają o wartości człowieka, stoją ponad prawem.

Dynamiczna fabuła powieści Sowy w połączeniu z tym wyraziście zarysowanym tłem, gęstym jak śląskie powietrze, tworzy mocny, magnetyczny przekaz, który przykuwa czytelnika do kart książki i naprawdę robi wrażenie. Warto przeczytać.